DRĄŻYŁ SPRAWĘ DO KOŃCA PO SWOJEMU

Zaktualizowano: 16 lut


Jurry Zieliński (1943 - 1980) w tle wiersz Wiesława Sokołowskiego. Galeria im. Beni U Hopfera w Warszawie. 1973 rok.


Wiesław Sokołowski "Sokół"

DRĄŻYŁ SPRAWĘ

DO KOŃCA PO SWOJEMU

Napracowano się nad nim, by losy jego potoczyły się we właściwym kierunku i by spotkało go to co miało spotkać – znaleziono go przecież pewnego pogodnego poranka wielce utrudzonego życiem i to aż tak bardzo, bo martwego (37 lat); znaleziono go pod oknami jego pracowni na Markowskiej w Warszawie – znaleziono i przykryto go

gazetami PRL-owskiej propagandy anno domini 1980.


Jurry Zieliński (1943 - 1980) w tle wiersz Wiesława Sokołowskiego: prowokować rzeczywistość to znaczy stwarzać ją i to w każdej chwili w każdym momencie ryzykując sobą

sobą jako jedynym

instrumentem

powołanym do rzeczy

niebywałych

a nieraz nawet i ostatecznych

PS. Ten wiersz okazuje się, że ma także innego autora. Ktoś popracował nad tym aby tak się stało...


1.

Jurry Zieliński jest obecny w mojej twórczości od zawsze. Jeszcze za jego życia świętowaliśmy wiersz jaki mu zadedykowałem i opublikowałem w „Literaturze” (15.V. 1977 ) pt. Kształt ptaka:

pić

czystą

w czystych formach

słońca

i jak ogrom

nie ku europie

nie ku światu

- lecz ku sobie –

uderzyć

nagłym ciosem na oślep

chwili

- by potem –

błysk słowa wyostrzyć

w krtani

i wyciszyć, tu, odgłos

nawet lauru

by uchwycić (przenigdy) szum

tej jedynej obiecanej

i lekko aż po niepamięć

dotknąć

wiekowe dęby w sile wieku

- porażone –

ni to z nudy, ni to z dumy

ni to ze sławy

Może te słowa brzmią zbyt patetycznie, jednak nasze błąkanie się przez wiele lat po Szlaku Królewskim w Warszawie miało w sobie coś z tego patosu i z tej nieukrywanej otwartości jaką może dać tylko młodość.

2.

Jeszcze za jego życia napisałem także impresję do katalogu wystawy galerii BWA w podwarszawskim Piastowie; tekst ten został przedrukowany w folderze do wystawy Jurrego kilka miesięcy po jego śmierci; wystawa odbyła się w Domu Artysty Plastyka przy ul. Mazowieckiej 12 w Warszawie. Oto on:

O JURRYM

Postać pełna sprzeczności – bywalec bezimiennych barów wielkiej Warszawy. Stąd możliwe, że czerpie on – i to w sposób naturalny – pomysły z tej (czy tylko marginalnej?) rzeczywistości. Niemniej kreacyjność jego, w której celność skrótu podyktowana jest gorączką trwania, gorączką graniczącą z absurdalnością buntu – paraliżuje i podnosi niejednego z nas. Na sercu ! Stąd wszelkie środki, jakimi się on w swojej pracy posługuje są trafione; chciałby się powiedzieć, że Jurry nie maluje obrazów pędzlem, ale sobą.

Swoim całym – pełnym nieporozumień, udręczeń, upokorzeń – życiem.

Nic więc dziwnego, że tak bardzo odległy jest i inny od tego stada lekceważących go, zawistnych mu a bezimiennych „artystów”. I choć sytuacja, na którą bywa skazana tego typu indywidualność jest momentami przeraźliwa, chora i nieludzka, niemniej:

ryzykując sobą sobą jako jedynym instrumentem powołanym do rzeczy niebywałych a nieraz nawet ostatecznych

Zdobywa się przede wszystkim n i e z a l e ż n o ś ć czynu.

Bo przecież właśnie ta niezależność jest sprawą fundamentalną wszelkiej działalności, tym bardziej w rzeczywistości artystycznej.


Sprawa więc Jurrego jest nadal w toku ...


Zresztą w ostatnich pracach jego, w których np. kolor stał się warstwą jakby dekoracyjną (tj. zewnętrzną, choć wielce znaczącą), czuje się wielkość myśli, godną klasyków naszej teraźniejszości.

Oto więc Jurry Terras Paradis – ślepa droga dla innych

"Sokół”

(1976)

Pamiętam jak kilka tygodni przed jego końcem zderzyłem się z nim na szlaku – on z opuchniętymi i licznymi szramami na twarzy – wyciągnął z kieszeni pogięty, zalany piwem czy inną cieczą karteluszek – z poprzecieranymi grzbietami od składania i rozkładania – a na tym karteluszku był właśnie ów tekst. Mówię o tym nie dla żadnej chwalby, ale jego utożsamianie się z moją wypowiedzią w sytuacji takiej a nie innej utkwiło we mnie bardzo głęboko. W końcu Jurry był moim kumplem, bo bywało się to tu to tam - przecież nie kto inny tylko on otwierał Autorską Galerię ZA w moim rodzinnym domu w Rawce (1976).


3.

Z Jurrym także przez wiele lat bywaliśmy u Mariana Bogusza w jego mieszkaniu - pracowni przy Kopernika 32/5. Tu rozbieraliśmy sztukę na części pierwsze tzn. majaczyliśmy o wszystkim i o niczym, by ten najważniejszy moment skupienia mógł tylko zaistnieć kiedy każdy z nas jest sam - przed obrazem czy przed gołą kartką papieru. Zresztą mieliśmy swoją sygnalizację. Marian wystawiał kwiatek w oknie, to była dla nas wiadomość, że oczekuje nas. „Konferencja” zaczynała się około 9 rano a kończyła się około 15-tej i trwała przez wiele lat. O 16-tej przychodziła żona Mariana „Szurka”. Marian siadał naprzeciw swojej sztalugi i czekał co mu się na świeżo zagruntowanym blejtramie pojawi; a kiedy wiedział co i jak wtedy w sposób zdecydowany zabierał się do malowania zapominając o wszystkim.

Jurry pracował inaczej – każdy jego obraz był najpierw pomysłem i nieraz na małych karteluszkach szkicował te pomysły. Poniżej pokazuję rysuneczek z roku 1976, zrobiony w Rawce. Zresztą różnie bywało, bo nie było w tym rutyny, raczej dominowała ekspresja życia, którą trzeba było w jakiś tam sposób zanotować, zapisać – czy zneutralizować.


Marian Bogusz w pewnym sensie był dla nas Mistrzem, zresztą Marian gardłował w sposób niewyobrażalny i karkołomny. Możliwe, że nasza obecność i nieukrywana wdzięczność, że możemy uczestniczyć w jakimś niebywałym spektaklu prawdy, powodowało to, że Marian sam przechodził siebie.

Bywało i tak, że nie starczało mu czasu by dokończyć to co zaczynaliśmy rano; wtedy razem z Jurrym wychodziliśmy od niego około 15-tej i jak zwykle – Marian z „Szurką” (żoną) jadł obiad i około 17-tej Mistrz wymykał się żonie na szlak - z reguły szliśmy do winiarni „U Hopfera” (Krakowskie Przedmieście 53), gdzie przy dźwiękach wina wygłaszaliśmy tyrady zdań odbiegające od norm przewidzianych w podręcznikach komunikacji międzyludzkiej. I właśnie w tym fermencie wyłaniały się różne pomysły. A pierwsza wystawa przedśmiertna Jurnego Zielińskiego właśnie taką ma genezę.

Nie istniejąca dziś galeria MDM przy Placu Konstytucji (Marszałkowska 34/50) była miejscem chyba największej wystawy Jurrego. Prawie wszystkie obrazy i to większości dużego formatu udało się nam zebrać. Dodatkowo na wernisażu gościliśmy „prosiaka na różnie” – zdobytego gdzieś w okolicy Łowicza. Zresztą nasza wyprawa z Jurrym do Łowicza była egzotyczna. Udało nam się załatwić nie tylko prosiaka, ale nawet transport do galerii za firko.


Umówieni byliśmy także z Boguszem o godz. 9-tej rano w galerii. Oczywiście Marian przybył w nastroju uroczystym – przejrzał uważnie i dokładnie obrazy i zaprosił nas do knajpy "Pod filarami" vis a vis galerii, by przedyskutować zaistniałą sytuację. Zamówił odrobinę „ognistej wody z czerwona kartką” i skupieni przy „ognisku sztuki” zaczęliśmy intonować pieśni jak rozegrać ten spektakl obrazów. Dyskusja okazało się, że trwała kilka godzin, a owocem rozmowy była przejrzystość pokazania sztuki Jurrego jakby w dwóch pasach transmisyjnych. Te obrazy, które w istocie swojej były próbą szukania siebie - a więc bardzo wczesne - uznaliśmy, że trzeba powiesić tak by dolna krawędź obrazu prawie dotykała podłogi, te zaś pełne Jurrowych poczynań pokazać w sposób tradycyjny na wysokości oka. Ów wydawałoby się banalny zabieg spowodował przejrzystość czy wręcz klarowność wystawy.

Uradowani, zadowoleni, że mamy właściwego wróbla w garści przybyliśmy ponownie do galerii by ostro zacząć robić wystawę, bo przecież jutro wernisaż. Ustawiamy obrazy w tej nowej wypracowanej przed chwilą formule i serca nam rosną – wystawa po takim drobnym zabiegu staje się jasna, lekka, czysta – wyłaniają się wręcz nieoczekiwane relację pomiędzy poszczególnymi pracami – tak jakby zaczęła się rodzić przestrzeń, z której niejako naturalnie zaczęły zakwitać jurrowe obrazy.


Robota więc pali nam się w dłoniach, obraz za obrazem wkładaliśmy tam, gdzie były ich miejsca. To, co wydawało się takie skomplikowane, teraz nabiera swoistej prostoty – więc czujemy się wolni - wolni nawet na wyciągnięcie młotka, którym wbijamy gwoździe by umocować obraz na wysokości oka.


4.

Zbliża się godz. 16-ta, w pokoikach administracyjnych zazgrzytały zamki. Urzędnicy kończą swoje urzędowanie. Od 8-mej rano do godz. 16-tej nieśli na swoich barkach dobre imię sztuki, teraz należy im się odrobina wytchnienia, odrobina odpoczynku i rozrywki. Przechodzą obojętnie obok obrazów i nas, tak jakby byli myślami gdzieś daleko. Okolica powoli cichnie, krany milkną, klozety wyludniają się. A my gdzieś na którymś piętrze jesteśmy sobie zostawieni, mruczymy do siebie i robimy to co mamy robić. I oby ten stan wieszania trwał wiecznie.

Wydawało się, że nic i nikt nie jest w stanie zakłócić naszego porozumienia, naszych ustaleń i naszej chęci zrobienia wystawy do końca. Wydawało się, ale tylko do momentu czy do chwili, kiedy to zaczął zbliżać się ku nam stukot obcasików pani dyrektor galerii. W sposób bardzo energiczny zdążała w naszym kierunku. Jako ostatnia a więc najważniejsza osoba opuszczała ten przybytek sztuki. Przybywszy do nas, stanęła i pukając bucikiem o parkiet poprosiła byśmy opuścili galerię, bo czas pracy dobiegł końca. Ponadto dodała, że czekało na nas przez kilka godzin dwóch pracowników z obsługi wieszającej obrazy. Widziała nas wprawdzie rano, ale gdzieś zniknęliśmy, teraz jest koniec pracy i ona prosi byśmy też stąd sobie zniknęli. Bogusz słuchał tych wywodów, kiwał głową i poprosił, że niech zostawi nam klucze, przecież jutro jest wernisaż i trzeba wystawę dokończyć. Jurry i ja siedzieliśmy sobie wysoko pod sufitem na drabinie i z ciekawością przysłuchiwaliśmy się wymianie coraz bardziej zdecydowanie wypowiadanych zdań. Co więcej, Jurry zaczął delikatnie nucić sobie pod nosem jakąś bogobojną pieśń, tak jakby to wszystko co się na dole pod drabiną dzieje nie dotyczyło jego osoby. Zdanie wypływające z ust pani dyrektor i zdanie wypływające z usta naszego mentora i Mistrza co chwila nabierało innych zabarwień, zwrotów, wykrzykników. Wyszło na to, że zaczęli sobie brykać do tego stopnia iż huczało już w całej galerii i rozprzestrzeniało się coraz dalej i dalej.


Wszystko jednak umilkło po słowach: jeśli tak chcecie i jeśli nie opuścicie galerii będę zmuszona zadzwonić na milicję, by was stąd usunięto siłą. A dzwoń sobie - poirytowany Bogusz odpowiedział. Pani dyrektor wykręciła się na pięcie i tak jak pukając obcasikami przybyła tak teraz jeszcze bardziej zdecydowanie pukając skierowała się do swego gabinetu; przekręciła ponownie klucz w zamku, który pod naporem energicznej rączki aż jęknął; za dobrą chwilę usłyszeliśmy szczebiot do słuchawki telefonicznej informujący o jakimś wtargnięciu do galerii, a ktoś drugi słuchał i słuchał po drugiej stronie telefonicznego kabla.


Akcja więc nabrała nieoczekiwanego tempa - po niecałych kilku minutach wkroczyła na teren świątyni sztuki kilkuosobowa grupa umundurowanych panów i osobnik z szarżą gwiazdkową zaczął tokować w kierunku Bogusza. My na drabinie z Jurrym wieszaliśmy dalej obrazy – Bogusz zaś w całej swej okazałości głosem tubalnym wszedł w szranki i dialog. Odpowiadał na zadawane mu pytania w sposób jasny i stanowczy opisując zaistniałą sytuację. Co więcej zaproponował, że skoro są na służbie to niech zrobią dobry uczynek, bo tu chodzi o nie byle jaki interes, ale o interes – jak Bogusz to ujął – dotyczący sztuki polskiej. Nie wiem co się stało, a raczej co zaiskrzyło, ale „gliniarze” rozeszli się po całej galerii, zaczęli oglądać obrazy – trwało to dość długą chwilę, wreszcie zgodnie uradzili i uprzednio poprosiwszy panią dyrektor poinformowali ją, że oni tutaj zostaną z nami i popilnują nas, a ona niech spokojnie idzie do domu a rano o godz. 8-tej któryś z nich dostarczy klucze. Panią dyrektor zamurowało, patrzyła na nas z miną jakby za chwile miała zwymiotować. Jurry zaś dalej nucił swoją bogobojną pieśń, przygotowując się widocznie duchowo do smażenia prosiaka na rożnie, którego kwik miał otworzyć jutrzejszy wernisaż.


5.

Stefan Gierowski, kilka dni temu - w Noc Muzeów 2010 w Warszawie - opowiadał, że był w Krakowie, gdzie zostawił książkę „Niepokorni Szlaku Królewskiego”. Nie powiedział mi jednak, że chodzi o wystawę Jurrego Zielińskiego. Wiele lat temu był już realizowany pomysł wystawy w Muzeum Narodowym w Warszawie. Nawet miałem rozmowę z panią kurator, która odwiedziła mnie w Rawce. I choć energicznie krzątała się wokół tej sprawy, niestety nic nie wyszło. Można domniemywać, że niebo nad naszymi głowami przesłoniły mroczne i ciemne chmury. Był to wprawdzie okres schyłkowy PRL-u, jednak z pomysłem zrobienia Jurremu wystawy w Muzeum Narodowym rozprawiono się w sposób szybki i jednoznaczny.

Dlaczego tak miały się sprawy - myślę, że odpowiedzi należy szukać w zapisach agentów w środowisku plastyków warszawskich, którzy tak raportowali:



















Wyciąg z informacji operacyjnej ko. „MM” z dnia 7.03.1978 roku.

Zieliński Jerzy, PS. „Terras Paradis”, artysta plastyk związany z grupą „O poprawę”. Pochodzi ze wsi. Jego świetlane lata już się skończyły.

Prace swoje wystawiał m.in. w Paryżu. Negatywnie ustosunkowany do obecnej rzeczywistości. Karany wyrokiem 3 lata w zawieszeniu za pobicie dziewczyny. Mieszka w W-wie, żonaty, jedno dziecko, ale żona nie pozwala mu widywać się z nią i dzieckiem. Brał udział w wydarzeniach marcowych.

Za zgodność: ppor. J. Ciborowski




















Wyciąg z informacji operacyjnej ko „MM” z dnia 24.03.1978 roku: Co do Jerzego Zielińskiego, to był on kiedyś kierownikiem grupy „O poprawę”. Miał parę razy wstrząs mózgu, leczy się, jest stąd niepoczytalny. Uważany jest za wariata. Wiem, że posiada gdzieś na Pradze pracownię plastyczną, ale nie przebywa tam. Nie wiem gdzie mieszka, trudno go znaleźć. W lecie przebywa ciągle na plenerach w Polsce. Z żoną rozszedł się, z dziećmi zabronione ma widywać się.

Za zgodność: ppor. J. Ciborowski



Wyciąg z informacji operacyjnej ko. „SIM” z dn. 28.03.1978 roku: Odnośnie trzech „modeli”, którzy rozpędzili dwa zebrania w OW ZPAP, to o Zielińskim PS. „Jurry” mówi się, że jest to tylko pijaczek, nieszkodliwy dla otoczenia (…).

Za zgodność ppor. J. Ciborowski


Wyciąg z informacji operacyjnej od tw. „Robert” z dnia 31.01. 1979 r. Co do Jerzego Zielińskiego, to słyszałem, że znajduje się on na kuracji odwykowej. Znany jest w środowisku jako alkoholik, awanturnik, osoba właściwie niepoczytalna. W grudniu ub. r. wywołał znowu awanturę w kawiarni OW ZPAP. Zachowywał się, jakby był w szale. Wezwano pogotowie psychiatryczne, ale przyjechała zwykła karetka. Zieliński pobił sanitariuszy zanim udało im się go zabrać.

Za zgodność: ppor. J. Ciborowski





















Tajne spec. znaczenia

Tow. Ciborowski

Przejąć teczkę kandydata i zarejestrować na własne konto. Dobór osoby Zielińskiego jako kandydata na TW do sprawy Narzyńskiego jest uzasadniony. Obawy może budzić jednak strona moralna tego człowieka. W tej sytuacji koniecznym jest pilne ustalenie jak praktycznie przedstawia się jego pijaństwo. Czy mimo tego posiada on jakieś osiągnięcia artystyczne? Co się o nim mówi w środowisku plastyków Warszawy? Odpowiedzi na wiele pytań dostarczyć może bezpośrednia z nim rozmowa, którą należy zorganizować możliwie szybko. Mieć przy tym na uwadze, że jako pijak i człowiek karany za zniesławienie funkcjonariuszy MO – Zieliński będzie prezentował niechęć do przedstawicieli organów porządku publicznego. Z tego wynika konieczność dobrania odpowiedniego pretekstu rozmowy z nim, a także miejsca w którym została ona przeprowadzona. Zaprogramowanie tego możliwe będzie jednak po zebraniu nieco więcej informacji o życiu, kontaktach i jego działalności na co dzień.

Termin opracowania i pierwsze rozmowy nie mogą przekraczać trzech miesięcy.

ZASTĘPCA NACZELNIKA

4.X. 1978 r.

6.

Dlaczego i co spowodowało taki napór zła na Jurnego? Co zrobił a czego nie dopilnował, przeoczył, zaniedbał? Jaki błąd popełnił? A może kogoś uraził, a może komuś coś powiedział, a może jakiś niepotrzebny obraz namalował? Życie pisze różne scenariusze i na pewno różne sprawy decydują o tym, że jedni są górą a inni doliną.


Można snuć wiele przypuszczeń, ale gdzie tak naprawdę leży pies pogrzebany – nie wiemy – a może nieraz nie chcemy wiedzieć. Czy zresztą można i czy wolno mieć pretensję do „twórców” pasujących niejako sobą do politycznych mentorów z którymi razem tworzyli i tworzą jakąś lepszą rzeczywistość. Czy w ogóle warto się nad tym zastanawiać?

Tylko co zrobić z tymi innymi, co z przekory a może i z przenikliwości, którą zdobyli także poprzez swoja sztukę, kreują świat taki, który powoduje, że przysłowiowe szczęki opadają przeróżnym cenzorom, biurokratom czy ideologicznym „myślicielom”. Nie rozpisując się zbytnio – Jurry miał szczęście i zarazem go nie miał – zrobił obraz na XXX-lecie PRL-u. W nim namalował pięknie wręcz ślicznie skrojone biało czerwone usta. Na ustach zaś postawił trzy iksy w kształcie trzech klamerek, by żaden dźwięk nie mógł wydobyć się z tego miejsca…



Pamiętam dokładnie, choć przecież minęło tak wiele lat, to zamieszanie jakie powstało wokół Jurrowego obrazu. Pamiętam, bo był on wystawiony po raz pierwszy w galerii im. Beni „U Hoppera” (1974). Pamiętam zamieszanie także wokół nas – bo galeria była oddalona 400 m od Ministerstwa Kultury i Sztuki a w takich miejscach trudno było tolerować jakąkolwiek kontrabandę artystyczną.


Byliśmy młodzi i tak naprawdę nie podejrzewaliśmy z czym i z kim mieliśmy do czynienia i że są takie rejony w które lepiej nie zapuszczać się. Przecież młodość nas niosła, niosła nas także sztuka – i tyle a może aż tyle.

7.

Dziś czytając raporty jakie składano na niego, jestem coraz bardziej przekonany, że poprzez ten obraz na XXX-lecie PRL-u Jurry wystawił siebie na odstrzał.

Ten obraz naruszał w jakimś sensie sacrum PRL-owskiej rzeczywistości. Można było niby krytykować, niby nie zgadzać się z tym czy owym, ale były bardzo wyraźne granice tej niezgody. Jurry widocznie przekroczył ową granicę, postawił o jeden wykrzyknik za dużo może nie zdając sobie z tego sprawy – ale dla władz nie miało to większego znaczenia, stąd we właściwy sposób zajęto się nim.


Wokół niego pojawiła się agentura. Wymieńmy ich: ko „MM”, ko „SIM”, tw „Robert” i na pewno wielu innych. Oceniali, raportowali i właściwie krok po kroku spychali go na margines, w nieistnienie, w niebyt, cyt. Jego świetlane lata już się skończyły. Miał parę razy wstrząs mózgu, leczy się, stąd jest niepoczytalny. O „Jurrym” mówi się, że jest to tylko pijaczek, nieszkodliwy dla otoczenia. To są zdania z raportów pisanych w roku 1978/79. W tym czasie Jurry tygodniami przebywał u nas w Rawce. Pamiętam nasze rozmowy. Był wrażliwy, dowcipny, pełen życia, jednak czymś się martwił, czegoś się obawiał, po prostu nie chciał wracać do Warszawy.

Dziś wiemy, że bardzo skrupulatnie pracowano nad nim i może nad całą jego rodziną. W IPN-nie jest dokumentacja mówiąca o tym jak próbowano z niego zrobić agenta. Wszystko było przygotowane, wszystko było posprawdzane, jednak nie ma żadnych podpisów Jurrego, tylko same puste kartki. W końcu zrezygnowano z tego pomysłu, obawiając się dekonspiracji z jego strony.

Dla mnie Jurry jest nie tylko wybitnym malarzem ale jest w jakimś sensie kamikadze Szlaku Królewskiego, wręcz jego bohaterem – bo systematycznie bity, okładany kastetami oraz poddawany różnym szykanom psychicznym, pomimo to drążył sprawę do końca po swojemu …





















Teczka personalna Jurnego Zielińskiego IPN 00249/934

8.

W innym wierszu mu zadedykowanym a opublikowanym w

„Trwaniu pomimo” (1993), tak pisałem :

(…) życie

to nie umysł wszechogarniający

to coś więcej

niż wyobraźnia i siła

to nie gra słów

to jakby cierpliwe i uparte

wpatrywanie się w otwartość

w niebo

więc

taki oto maluję obraz

gdzie kolor znika, forma

przepada

taką oto wznoszę rzeźbę

co znaczy lot, nie będąc

lotem

co znaczy czas, nie będąc

czasem

taki oto piszę wiersz

gdzie słowo przestaje być

słowem

gdyż skwierczy

próba

ciągła próba

i ducha i wiary

i wielu innych niezbadanych

praw

które są, istnieją, w spichlerzu

ziół i nieskończoności

istnieją

bo oczyszczają naszą

krew, nasz umysł

bo potrafią odróżnić

zło od dobra

dobro od zła

sen od bezsenności

bezsenność od czuwania

Reasumując - mogę przypuszczać, a nawet jestem coraz bardziej pewien, że te trzy klamerki na pięknie wymodelowanych ustach z okazji XXX-lecia PRL-u Jurrego zgubiły. Bardzo napracowano się nad nim, by losy jego potoczyły się we właściwym kierunku i by spotkało go to co miało spotkać – znaleziono go przecież pewnego pogodnego poranka wielce utrudzonego życiem i to aż tak bardzo, bo martwego (37 lat); znaleziono go pod oknami jego pracowni na Markowskiej w Warszawie – znaleziono i przykryto go gazetami PRL-owskiej propagandy anno domini 1980.

Rawka, czerwiec, 2010 rok




1 wyświetlenie

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie